Polityka i spoleczenstwo

Cztery strony Rafała

28 maja 2025, 19:00128 wyswietlen
Udostępnij:

Nie, praktycznie nie znam Rafała Trzaskowskiego. Nie byłem nigdy członkiem jego sztabu, nie jestem jego znajomym jak pisała “Wyborcza”, nie pracowałem z nim też w Parlamencie Europejskim, jak sugerowały redakcje prawicowe. Tekst: Marcin Mycielski Mimo to, w ostatnich dniach Cezary Gmyz “ujawnił” w Republice, że Rafał Trzaskowski udzielił mi ślubu, a prawicowi komentatorzy wyciągają zdjęcia z wręczenia mu przeze mnie ukraińskiego orderu za pomoc humanitarną, którą przekazałem w jego imieniu. W dziesiątkach wpisów na X powiązania z kandydatem na Prezydenta RP – lub jego sztabem – zarzucają też mi pisowcy i konfederaci, oburzeni nowymi billboardami i banerami projektu Spontanicznego Sztabu Obywatelskiego, uderzającymi w jego kontrkandydata. Robi to nawet rozgrzany Michał Rachoń, łącząc Donalda Tuska i Rafała – poprzez mnie – z ich wyimaginowaną “mafią przemytników”. Oczywiście to wszystko bzdura. Ale to, że się prawie nie znamy, nie znaczy, że nie mogę o nim całkiem sporo powiedzieć. Nie jako o polityku, ale jako o zwykłym człowieku. Bo jego kontrkandydat, jak na wytwór Prezesa przystało, jest “swoim chłopem”, “ziomkiem z osiedla”. Nawet to, że był kibolem, sutenerem i oszustem, nas szokuje, ale wyborców PiS przeciwnie – zachwyca. Gdy kolejne skandale spływają po teflonowym Karolu, Rafał Trzaskowski jest przedstawiany jako odrealniona elita, inteligent,

Cztery strony Rafała

Nie, praktycznie nie znam Rafała Trzaskowskiego. Nie byłem nigdy członkiem jego sztabu, nie jestem jego znajomym jak pisała “Wyborcza”, nie pracowałem z nim też w Parlamencie Europejskim, jak sugerowały redakcje prawicowe.

Tekst: Marcin Mycielski

Mimo to, w ostatnich dniach Cezary Gmyz “ujawnił” w Republice, że Rafał Trzaskowski udzielił mi ślubu, a prawicowi komentatorzy wyciągają zdjęcia z wręczenia mu przeze mnie ukraińskiego orderu za pomoc humanitarną, którą przekazałem w jego imieniu. W dziesiątkach wpisów na X powiązania z kandydatem na Prezydenta RP – lub jego sztabem – zarzucają też mi pisowcy i konfederaci, oburzeni nowymi billboardami i banerami projektu Spontanicznego Sztabu Obywatelskiego, uderzającymi w jego kontrkandydata. Robi to nawet rozgrzany Michał Rachoń, łącząc Donalda Tuska i Rafała – poprzez mnie – z ich wyimaginowaną “mafią przemytników”.

Fot. screen z TV Republika

Oczywiście to wszystko bzdura. Ale to, że się prawie nie znamy, nie znaczy, że nie mogę o nim całkiem sporo powiedzieć. Nie jako o polityku, ale jako o zwykłym człowieku. Bo jego kontrkandydat, jak na wytwór Prezesa przystało, jest “swoim chłopem”, “ziomkiem z osiedla”. Nawet to, że był kibolem, sutenerem i oszustem, nas szokuje, ale wyborców PiS przeciwnie – zachwyca. Gdy kolejne skandale spływają po teflonowym Karolu, Rafał Trzaskowski jest przedstawiany jako odrealniona elita, inteligent, poliglota (tfu!), przedstawiciel liberalnej klasy rządzącej. Spróbuję więc zarysować – z moich przyznam dość unikalnych doświadczeń – jaki jest naprawdę, jako człowiek.

Moja “znajomość” z Rafałem (tak, jesteśmy po imieniu, ale nie wyprzedzajmy faktów) sprowadza się do serii niespodziewanych spotkań, czy raczej sytuacji, w których nasze ścieżki (wcale nie polityczne!) czterokrotnie się już skrzyżowały. Nie miało to ani miejsca w Unii Wolności, w której obaj działaliśmy, ani w Brukseli, gdzie przez wiele lat pracowaliśmy, ani przy okazji wszelkich marszy, wieców czy politycznych happeningów, na których (równolegle) byliśmy. Każde z tych spotkań zapadło mi jednak w pamięć i ukazało inną stronę człowieka, który teraz ma szansę zostać Prezydentem RP.

Rafał król parkietu

Wrzesień 2021 r., Igrzyska Wolności, Łódź. Po konferencji, na której Prezydent Warszawy jest oczywiście jednym z głównych gości, trafiam jakimś przypadkiem na imprezę “dla wtajemniczonych”. Kto był, ten zna, ale z oczywistych względów nie zdradzam miejscówki. Tzw after-party dla spikerów, panelistów i znajomych królika. Bar, może ze 3 pomieszczenia i niewielki parkiet.

Na parkiecie kilkadziesiąt osób, raczej młodych, redbulle i piwa w ręku. Muzyka współczesna. Z prawej strony trochę większe zagęszczenie, ale zupełnie wyluzowane. Mimo, że – zgadliście – w centrum tej grupki wywija Rafał Trzaskowski. W bluzie, zmęczony po długim dniu ale uśmiechnięty, tańczy z przypadkowymi osobami. Chwilę też tańczę i dziwię się tylko, że nikt – zwłaszcza z młodzieży – nie próbuje nagrywać telefonem “kompromatu” czy cykać sobie selfie. Ale też między ludźmi nie przewija się tanecznym krokiem Prezydent Warszawy, tylko po prostu Rafał.

Ten sam Rafał po jakimś czasie przechodzi do baru. Pije może whisky z colą, rozmawia z różnymi znajomymi. Ja jak to ja, ze swoim brakiem wyczucia, w pewnym momencie podchodzę i się przedstawiam, jakbym był kimś na levelu byłego – i przyszłego – kandydata na Prezydenta RP. Ale też nie witam się z politykiem, tym bardziej jednym z najważniejszych w kraju, tylko z facetem przy barze. Nie miał raczej skąd mnie kojarzyć, ale słyszę przyjacielskie “o, cześć!”, z typowym dla niego serdecznym uśmiechem.

Wymieniamy kilka słów (bodajże wspomniałem o wywieszanych przeze mnie wtedy billboardach z Lichocką), po czym popełniam koszmarne faux pas, i w tym prywatnym momencie proszę o selfie. Nieplanowane, ale mój instagramerski instynkt wziął górę nad zdrowym rozsądkiem i etykietą. Rafał trzyma drinka w ręku, ma przemęczone, niewyspane oczy (tak, takie jak na pierwszej debacie). No nie jest to dobry look dla polityka. Każdy polityk w tym momencie by przeprosił, “sorry ale nie, to prywatna impreza a nie wiec wyborczy, jestem tu po godzinach”. Ale nie Rafał. Jakby wyczuł, że jeśli odmówi, to nie tylko że sprawi mi – przypadkowemu fanowi – przykrość, ale też spalę się ze wstydu (przecież udaję, że moglibyśmy być kumplami). Więc objęliśmy się jak starzy znajomi i cyk.

Selfie to pozostawię dla siebie, ale możecie wyobrazić sobie ten niezręczny, choć serdeczny uśmiech i szybko chowaną z kadru szklankę z colą, just in case.

Rafał cichy bohater

Czerwiec 2023 r., Nowa Kachowka, Ukraina. Rosjanie w jednym ze swoich najbardziej zbrodniczych ataków wysadzili w powietrze elektrownią wodną w Nowej Kachowce na południu Ukrainy. Woda zalała miejscowości położone w dolnym biegu Dniepru po obu stronach rzeki. Zbrodnia wojenna Putina zniszczyła dobytek życia 17 tysięcy ludzi, a zagrożonych skutkami powodzi było 40 tysięcy.

Dramat ten odbija się szerokim echem w Polsce – sami wszak zbyt dobrze wiemy, jakie straty i cierpienie powoduje powódź. Wiele samorządów i społeczności lokalnych robi zbiórki darów i środków finansowych dla poszkodowanych. Kilka organizacji pozarządowych (z Polską Akcją Humanitarną na czele) organizuje akcje pomocowe, a zamiarem przekazania 10 cystern i 10 pomp chwali się w mediach rząd Mateusza Morawieckiego.

Jednak jednym z pierwszych zagranicznych transportów z pomocą, które dotarły na zalane tereny, jest wspólny konwój Fundacji Otwarty Dialog, Fundacji Spełnić Marzenie i Fundacji Aniołów Miłosierdzia. Z ćwierć miliona złotych w formie pomocy, 100 tysięcy przekazuje Miasto Stołeczne Warszawa decyzją Rafała Trzaskowskiego (zatwierdzoną przez Radę Miasta). 5 motopomp, 3 agregaty prądotwórcze, 24 naświetlacze LED i 500 latarek – to wszystko, na naszą prośbę złożoną do Ratusza, zakupił i przekazał Rafał Trzaskowski ze swoim zespołem. Ale nie wydaje dwóch komunikatów prasowych, rozreklamowanych następnie przez przyjazne media, jak robi to ówczesny premier Morawiecki. O całej akcji można się dowiedzieć właściwie tylko z mediów społecznościowych uczestników misji, a po naszym powrocie z wywiadu, który udzielam Oko.press.

Fot. Marcin Mycielski

Jak to bywa przy dostarczaniu pomocy humanitarnej w Ukrainie, lokalni deputowani do Rady Najwyższej, wraz z gubernatorem obwodu i merem Chersonia, na wspólnej konferencji prasowej symbolicznie odwdzięczyli się wręczając nam ordery. Na miejscu otrzymali je liderzy misji, a o przekazanie orderu Prezydentowi Warszawy zostałem poproszony ja. Oczywiście jako “oficjalny przedstawiciel misji sponsorowanej przez Miasto Stołeczne Warszawa” nie mogłem przyznać, że nie mam za bardzo pomysłu, jak ja, aktywista, mam wręczyć prezydentowi (sic!) order.

Działając jak zwykle spontanicznie (czyt. bezmyślnie), biorę ów order ze sobą na spotkanie w ratuszu, gdzie miałem załatwić sprawy administracyjne po powrocie z misji. No i mówię znajomemu, któremu przekazywałem dokumenty, że mam taką nietypową sprawę… W tym samym momencie zabiera mnie długim korytarzem do gabinetu Prezydenta. “Jest Rafał?” – pyta pani przy biurku. “Jest” – odpowiada. I w ten sposób najzwyczajniej w świecie wchodzimy do chyba najbardziej imponującego (i jednego z najważniejszych) gabinetu w kraju.

Książki od podłogi do sufitu, klimat zdecydowanie bardziej uniwersytetu niż urzędu, a przy niewielkim biurku, w rozpiętej granatowej koszuli, zdziwiony Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy. “Rafał, kolega chciał Ci coś przekazać” – rzuca nasz łącznik. Nie ukrywam, że trochę zaniemówiłem, bo nie zdążyłem nawet zebrać myśli od momentu, gdy powiedziałem “mam taką nietypową sprawę”, do momentu gdy patrzy na mnie pytającym wzrokiem włodarz stolicy. Nie pamiętam już, co z siebie wydukałem, ale chyba zorientował się, że słynący również ze spontanicznych akcji nasz wspólny kolega zaimprowizował tą akcję, i bynajmniej nie mam przygotowanego przemówienia na tą okazję. Wstaje, podaje mi rękę – “cześć, Rafał, co tam macie?”. Zrozumiałem, że najwyraźniej jesteśmy na “Ty”.

Zero wyniosłości, irytacji że jakiś obcy facet wpada mu do gabinetu, czy tym bardziej (uzasadnionego) pytania, czy byliśmy umówieni. Podszedł z uśmiechem, zaciekawieniem, a gdy wytłumaczyłem o co chodzi to jakby to on się zawstydził (sic!), że dostaje niezasłużony prezent – przecież przekazanie tej pomocy powodzianom było jego obowiązkiem, nie jakąś przysługą. W komplecie z orderem był też zresztą złocisty (w rzeczywistości pewnie chiński), pamiątkowy zegarek z insygniami Rady Najwyższej. Od razu odmawia jego przyjęcia i prosi współpracowników o sprawdzenie jego wartości, czy aby na pewno mieści się ona w limicie podarunków, które legalnie wolno urzędnikowi przyjąć. Otrzymanego orderu nie wrzuca zaś nawet na Instagrama (a wtedy, przypomnę, Ukraina była jeszcze cool).

Nieśmiało pytam – udając, że to na dowód dla Ukraińskich deputatów, wcale nie na mojego Fejsa – czy możemy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Robimy ich prawie 20, uwieczniając przekazanie wszystkich podarunków (był jeszcze dyplom), uściski dłoni i prezentację ich do obiektywu. Na wszystkich zdjęciach Rafał uśmiechnięty, naturalny, czasem lekko zakłopotany. Chwilę jeszcze pogadaliśmy i wyszliśmy. Pewnie moglibyśmy dłużej, ale mój nieuzasadniony, jednak rosnący niepokój, że odrywam go od niezwykle ważnej pracy, wziął górę. Po wyjściu czułem się jednak nie jak po audiencji u prezydenta, któremu wręczyłem order w imieniu Rady Najwyższej Ukrainy, ale jak po wpadnięciu do kumpla z głupią sprawą.

Fot. Marcin Mycielski

Rafał mistrz ceremonii

Lipiec 2023 r., Warszawa. Wspominałem już, że lubię spontaniczne i szalone akcje? Otóż pół roku wcześniej poznałem w piwnicy sąsiadkę z parteru, która zeszła w nocy ze złością, że nie daję jej spać, krusząc beton i wynosząc z tejże piwnicy worki z gliną (bo każdy wie, że noc jest najlepsza do tego typu wcale nie podejrzanych aktywności). Sąsiadka okazała się być uchodźczynią z Kijowa, i po 2 miesiącach postanowiliśmy wziąć ślub. Szczegóły jak do tego doszło zostawię na inną okazję.

Niemniej faktem było, że do Warszawy, mieszkając od 16 lat w Brukseli, sprowadziła mnie tymczasowo nasza kampania pomocy Ukrainie, Moją przyszłą narzeczoną sprowadziły zaś w ostatnich dniach lutego 2022 r. ruskie czołgi, widoczne z jej bloku, którego okna spoglądały na Buczę. Po latach, z czarno zabarwionym humorem chce się powiedzieć, że połączył nas Putin. Co więc zrobiłem? Podpytałem więc – kompletnie na wariata – znajomego posła, jak widzi szanse, żeby ślubu udzielił nam sam Prezydent Warszawy. Niby urocza historia, ale nie oszukujmy się, pięknych love stories – również tych z wojną związanych – są tysiące. Rafał Trzaskowski do tego czasu, przez półtorej już kadencji, udzielił zaś… całe dwa śluby, bodajże oba zwycięzcom aukcji WOŚP. Odmówił tego honoru, zapewne aby nie narazić się na oskarżenia o kumoterstwo, nawet swojemu własnemu zastępcy.

Jak już możecie się domyśleć, kilka dni później dostaję od wspomnianego posła telefon: “Rafał z radością się zgodził, tylko dajcie znać miejsce jeśli w plenerze i zaproponujcie daty. A jeśli chcecie w Pałacu Ślubów na Krakowskim Przedmieściu to będzie musiał być piątek, bo w soboty sale są zajęte na rok na przód. No i poza dwoma tygodniami, kiedy Rafał ma zaplanowane wakacje.”

Każdy chyba w dniu własnego ślubu przejmuje się głównie dopięciem wszystkiego na ostatni guzik (z własnym garniturem włącznie), koordynacją rodziny i innych gości, i oczywiście wesela. Moja Mama podobno była najbardziej przerażona, że Tata się spóźni (co oczywiście uczynił). Ja natomiast miałem od rana postępującą paranoję, że na ceremonię nie zjawi się Rafał Trzaskowski, tylko w ostatnim momencie zastąpi go jakaś anonimowa urzędniczka. Obawy były tym bardziej uzasadnione, że w pierwszej połowie dnia Prezydent miał jeszcze oficjalne spotkania bodajże w Białymstoku – czyli bez korków 2h od Warszawy. Na scenariusze, co może pójść nie tak, w pewnym momencie skończyło mi się w głowie miejsce.

Niemniej stojąc z panną młodą przed wejściem do sali przychodzi do nas wyczekiwana informacja – “Prezydent jest w budynku”. Chwilę później zaczyna grać “La vie en rose” Louisa Armstronga, a my wkraczamy na salę. Na jej końcu stoi łapiący jeszcze oddech, ale już uśmiechnięty, Rafał Trzaskowski. Na późniejszym wideo zobaczyłem, jak w pośpiechu wchodząc na salę poprawiał jeszcze narzucony przez szyję łańcuch. To, że rodzina emanuje w takim momencie szczęściem, to że państwo młodzi, to oczywiste. Ale w oczach Rafała też jest radość. Ludzkie ciepło i wręcz duma, że może być w tym wyjątkowym momencie z nami – parą, której właściwie nie znał.

Zwolennicy jego kontrkandydata, którzy nie są w stanie mu nic zarzucić poza znajomością “zbyt wielu języków” jak na Polaka przystało, przezywają Rafała “bonżur”. Mi jednak bardziej pasuje “błenosdijas”, bo gdy wita świadków, widzi w papierach, że jeden z nich nosi imię Carlos, więc – bez żadnych telewizyjnych kamer – wymienia z nim kilka słów po hiszpańsku, ku jego niemałemu zdziwieniu. Po ceremonii znowu go zawstydziłem, bo – tym razem z Żoną – wręczamy mu w podziękowaniu torbę smakołyków z kanaryjskiej wyspy El Hierro, gdzie się kilka miesięcy wcześniej zaręczyliśmy.

Fot. Gabriel Murczyk

Po wyjściu z sali tylnymi drzwiami dla VIPów bynajmniej nie ucieka. Już bez ceremonialnego łańcucha zchodzi do nas na dziedziniec i spędza dobre kolejne pół godziny wpierw składając nam życzenia, a potem konwersując nie tylko z naszymi rodzicami, ale i z moją 92-letnią wówczas Babcią, Oli 80-letnim dziadkiem (tak, po ukraińsku!) i każdym z gości, kto miał ochotę zamienić z nim kilka słów lub zrobić sobie selfie. Oczywiście nasze wspólne zdjęcie z okna, ze wszystkimi gośćmi, jest wyciągane ostatnio przez spiskowców rozrysowujących “siatki kompromitujących powiązań Trzaskowskiego” (uśmiecham się tu zwłaszcza do biednego Kuby Kocjana z Akcji Demokracji).

Fot. Gabriel Gmurczyk

Wspomniany zaś wcześniej Zastępca Prezydenta – nasz wspólny znajomy – pewnie do tej pory mi tego dnia nie wybaczył.

Rafał keynote speaker

Maj 2024 r., konferencja Impact’24, Poznań. Sześć tysięcy gości, 650 mówców i panelistów. Wśród czołowych, czyli tzw. keynote speakerów, Michelle Obama, premierka Finlandii Sanna Marin, aktor Jesse Eisenberg i Rafał Trzaskowski. Wśród setek panelistów, czyli tych mniejszych żuczków, ja (bo przecież nie stać by mnie było na bilet za 8000zł).

No i przechodząc sobie tak między pawilonami poznańskiego Expo, widzę idącego w moim kierunku Rafała. A właściwie Prezydenta Trzaskowskiego, ze świtą, z grupą interesariuszy, szybkim krokiem zmierzających do wyjścia. Naturalnie, usuwam się z ich trasy, ale nasze spojrzenia się spotykają. “O, cześć!” – rzuca w moim kierunku z uśmiechem, przerywając rozmowę niewątpliwie na wyższym szczeblu, i podaje mi rękę. “O, cześć Rafał”, odpowiadam z uśmiechem – zaskoczony, ale tym razem już bez uczucia dyskomfortu czy nienaturalności tej sytuacji.

Ot, wpadłem przypadkiem na starego kolegę, który nie spotkał przecież aż tak wielu osób w międzyczasie, żeby zapomnieć twarz Mycielskiego – widzianego dwa razy rok wcześniej.

Fot. Instagram Rafał Trzaskowski

Dzisiaj łapię się za głowę, kiedy słyszę, że Karol Nawrocki jest bardziej “swój”, bardziej przyziemny, bardziej wyluzowany. Szanowny Prezes IPN, zlepek kibolsko-sutenerskich kompleksów w garniturze opatrzony wyuczonym uśmiechem. Nie martwię się nawet, czy Pan Doktor i wybitny historyk (określający mundury harcerskie na naszym billboardzie mianem “hitlerjungen” [sic!]) na drugi dzień zapomni fana, którego poznał na ulicy. Przejmuję się co będzie, jak nowy Pan Prezydent zapomni na szczycie NATO liderów innych krajów – bo jak wiemy z debat, poza Trumpem nazwiska żadnego z nich na razie nie zna.

Ale muszę też oddać obywatelskiemu kandydatowi PiS sprawiedliwość. Nie wątpię, że znajdzie się też ktoś, kto analogicznie jak ja zagłosuje na Karola, bo ten, gdy wspólnie kopali kiedyś w lesie kibola Lecha Poznań przypomniał sobie, jak rok wcześniej załatwił mu panienkę do pokoju w Grand Hotelu.

Marcin Mycielski

Wiceprezes i dyrektor wykonawczy Fundacji Otwarty Dialog, wcześniej m.in. korespondent Gazety Wyborczej w Brukseli.

Udostepnij artykul

Komentarze

Ladowanie...

Dodaj komentarz